![]() kliknij
|
Przyjacielska rozmowa Mikea Rizzi z Johnem Zornem ukazała się w sieciowym magazynie Browbeat. Tłumaczenie z angielskiego: Wojtek Mszyca jr []. Miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z Johnem Zornem 20 października 1990, około roku po ukazaniu się pierwszego albumu "Naked City" i krótko po wykonaniu Cobry w Great American Music Hall w San Fransisco. Kiedy zacząłeś komponować i grać muzykę? Znalazłem parę twoich nagrań z późnych lat siedemdziesiątych... Tak, moje pierwsze nagrania są z '76 albo coś koło tego. Poważnie zacząłem grać w Nowym Jorku od około '74, ale komponowałem i pisałem od lat sześćdziesiątych, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem. Czy jesteś z Nowego Jorku? Tak, urodzony i wychowany w Nowym Jorku. A ty, skąd jesteś? Ja jestem z [zmieniając akcent] Bostonu. Pytam, bo niektórzy ludzie z którymi współpracujesz są z San Diego. Wydaje mi się, że całkiem sporo z nich... Wayne Horvitz jest z tamtąd... no, nie jest tak naprawdę z San Diego. To nieprawda. Miałem na myśli Diamandę Galás... Pracowałem z nią troszkę. A właściwie, to pracuję nad utworem na nowy album Naked City, w którym ona wystąpi. |
Czy tą płytę wyda wytwórnia Shimmy Disc?
Nie. Dwunastocalówka z 42 utworami będzie wydana przez Shimmy Disc i Earache w Anglii. Ale zamierzam tu wrócić w grudniu i nagrać drugi pełny album dla Nonesuch, i to na nim wystąpi Diamanda.
Podoba mi się kawałek z Diamandą na "The Big Gundown". Nie pamiętam jego tytułu...
Chyba nazywał się "Metamorfosi". Ona jest niesamowita! Tak właściwie, to chyba jedyna osoba z San Diego, z którą pracowałem.
No to tyle, jeśli chodzi o "hipotezę San Diego". (śmiech)
To była świetna teoria. Możesz ją wywalić prosto do kosza na śmieci. Ha, Ha.
Pracowałeś z wieloma muzykami z różnych środowisk. Rzucę kilka przykładów: Fred Frith, Eugene Chadbourne, Vernon Reid, Bill Frisell i tak dalej. Oni...
Wszyscy są gitarzystami. Ciekawe. Jeszcze Robert Quine. Z nim też pracowałem.
A Diamanda, gra na gitarze?
Zorn: Nieeeee. Grywała na fortepianie. Dalej trochę gra. Widziałeś ją kiedyś grającą?
Była w Night Music i grała trochę na fortepianie. To było dość dobre.
Jest dobrą pianistką.
Wydaje się, że wyszukujesz... Właściwie nie wiem, czy wyszukujesz, czy po prostu tak wychdzi, ale artyści, z którymi pracujesz pochodzą z bardzo różnych środowisk. Jak na przykład Eye z Boredoms.
Tak. Zdecydowanie ich wyszukuję. Bywam tu i tam, słucham dużo różnej muzyki, chodzę na wiele koncertów. A kiedy widzę kogoś, kto mnie zachwyca, staram się nieco zboczyć z mojej drogi, żeby jakoś go zaangażować w to, co robię, lub angażuję się w to, co on robi. Eye był wielkim odkryciem. Jest jednym z największych wokalistów wszechczasów.
Akurat kolega prosił mnie, żebym zapytał: dlaczego pracujesz z Eye?
Co za śmieszne pytanie. Każdy, kto słyszał nasze nagrania, powinien znać odpowiedź. To dlatego, że on jest zupełnie szalony (śmiech). To dlatego. On jest fantastyczny! Wielu ludzi nie może go znieść. Jest naprawdę ekstremalny.
Jest bardzo agresywny.
Jest wielkim krzykaczem, ale naprawdę potrafi wydawać bardzo wiele różnych dźwięków. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, grał z grupą... eee... Geva Geva. Jest w Japonii zespół Zeni Geva, z gitarzystą nazywającym się Null.
K. K. Null. Robiłem z nim wywiad. Był tu dwa tygodnie temu.
Null tu był!?
Tak, grał z Pain Teens.
Z długimi włosami. On ledwo mówi po angielsku, jak wypadł wywiad?
(śmiech) Eee... był krótki.
Jestem tego pewien, stary. Nie, ten facet jest świetny. Jest brutalny. No więc on grał z Yoshidą Tatsuya, który gra w Ruins. Jest zresztą świetnym bębniarzem. On, Null i Eye mieli trio (Geva Geva). Poszedłem ich zobaczyć na żywo i Yoshida poprosił, żebym z nimi zagrał. Wyglądało na to, że Eye kompletnie improwizuje, podczas gdy Yoshida i Null grali utwory, które były naprawdę, no wiesz, skomplikowane, i wszystko świetnie wypaliło. Wyglądało to tak, jakby Eye robił po prostu wszystko, co chciał. Powiedziałem mu, żebyśmy razem poimprowizowali, zrobili parę duetów albo coś takiego... A on na to "Co to jest improwizacja?" (śmiech). On nie uważał, że to co robił to improwizacja. Nazywał to... po japońsku można to nazwać Tekito... Tekito oznacza coś jak "rób co chcesz"... ale on nie kojarzył Tekito z improwizacją (śmiech). Nawet teraz, kiedy robimy improwizowane duety, które po prostu zabijają! On ma wrodzony zmysł improwizowania. Po koncertach pytam go, co sądzi o tym, co właśnie zagraliśmy, a on odpowiada "Nie mam pojęcia, co zrobiłem. Co to było? Czy to była muzyka?" (śmiech).
Mam płytę Boredoms wydaną przez Shimmy Disc...
Najpierw była wydana w Japonii przez wytwórnię Selfish, potem dałem taśmę Boredoms Kramerowi. Rozwaliła go, więc chciał licencji na płytę i teraz wydała ją Shimmy Disc.
W tym tygodniu miałeś koncert Cobry w Great American Music Hall. To jedna z tych gier w kary/wojnę...
Tak, to mój utwór-gra. To nie gra w wojnę. Wielu ludzi denerwuje takie nazewnictwo. Willie Winant próbował zagrać tan kawałek w San Diego czy gdzieś tam na południu, w jakiejś szkole, i jakaś uczennica próbowała powstrzymać koncert, bo nie podobały jej się słowa "taktyka", "cutthroat" [po angielsku oznacza między innymi dziadka w brydżu, ale także bandytę, rzezimieszka i bezlitosność - przyp. tłumacza] i tym podobne militarne zwroty. Musieliśmy się ich pozbyć.
Jak to wszystko działa? Czy trudno to wyjaśnić?
Hm, ile mamy czasu? Dziesięć minut? Lepiej przejdźmy do innego tematu. Jednym zdaniem, jest to rodzaj luźnego systemu, który pozwala improwizującym muzykom wzajemnie na siebie oddziaływać, reagować na różne sposoby na to, co robią akurat inni.
A ty, jako dyrygent, kontrolujesz całość...
Wcale tego nie kontroluję. Wszystko jest w rękach muzyków. Oni to kontrolują. Oni dają wszystkie sygnały, pokazują mi co chcą robić, a ja działam jak lustro, przekaźnik, tak, żeby wszyscy widzieli sygnały.
Aha, czyli ty nie decydujesz, kto improwizuje.
Nie.
Pokazujesz wszystkim pozostałym, kto chce improwizować?
Dokładnie. Powiedzmy, że ktoś sygnalizuje, że coś chce zrobić. Wtedy ja przekazuję to pozostałym za pomocą tych kart. A potem, w dowolnym momencie...
Więc ty nie wybierasz? Powiedzmy, że kilka osób naraz daje znaki, że chce coś robić...
No, oczywiście. Na przykład mam siedem osób z uniesionymi rękami. Muszę wtedy wybrać. Wiesz, to jest trudne. Czasami muszę wskazać kilka osób jedna po drugiej, bo akurat mają pomysły. Czasem zostaję na dłużej przy jednej osobie. To może się wydawać niesprawiedliwe. Potem mam dość tego gościa, i biorę kogoś, kto się nie zgłaszał od dłuższego czasu. Albo kiedy mam pięć osób z rękami w górze, wybieram tą, która jeszcze się nie zgłaszała w danym utworze. Staram się być jak najbardziej demokratyczny, ale zawsze kończy się to małym psychodramatem na scenie (śmiech). To o to w tych utworach chodzi.
Znajomy był na koncercie i mówił mi, że kiedy przechodziliście od jednego, nazwijmy to, improwizacyjnego setu do drugiego, to było po prostu bez skazy. Po prostu nagle przeskoczyliście z jednego do drugiego.
To bardzo proste. Po prostu dajesz sygnał, że nastąpi zmiana. Niektóre karty oznaczają jakąkolwiek zmianę, inne są bardziej konkretne, na przykład wszyscy cichną poza jedną osobą. To jak bardzo skomplikowany przełącznik. To włącznik i wyłącznik wszystkich ludzi w zespole. Nigdy nie mówię im, co mają grać, bo każdy ma bardzo indywidualny styl. Rozwinęli muzyczny język dla swojego instrumentu, którego nikt nie potrafi powtórzyć, więc chciałem znaleźć sposób na wprzęgnięcie tej niepowtarzalności w ramy kompozycji. To co zaproponowałem, to swego rodzaju gra, zasady mówiące o tym kiedy ktoś ma grać a kiedy nie grać, ale nic nie mówiące o tym, co ma grać. Więc wszyscy są naładowani, kiedy w tym uczestniczą. To naprawdę dramatyczne!
Słyszałem, że świetnie się na to patrzy.
Tak, to rewelacyjnie wygląda. To znacznie ciekawsze na żywo, niż na płycie. To jest jak teatr. Właściwie to jak sport, bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy.
Jest w tym wiele humoru.
O tak! Zwykle ludzie w zespole mają poczucie humoru, i kiedy coś spieprzą, to zawsze powód do śmiechu!
Słyszałem, że masz hardcore'owy zespół w Nowym Jorku. Czy to prawda?
No, w Japonii mam grupę muzyków, z którymi pracuję, koncentrując się tylko na hardcore'owych rzeczach, takich jak robiło Naked City. Mamy repertuar około sześćdziesięciu utworów.
Czy zespół ma nazwę?
Nazywa się Torture Garden. Yoshida z Ruins gra na bębnach, Eye jest wokalistą, Ema Hori na gitarze. A basista też jest z Ruins, Kimoto. Właśnie w zeszłym tygodniu graliśmy w CB's. Zabrałem ich wszystkich do Nowego Jorku na parę koncertów.
Czy cokolwiek tego zespołu będzie wydane na winylu lub CD?
Dla tego konkretnego zespołu nic nie jest jeszcze zaplanowane. Chciałbym zrobić dwunastocalówkę z pięcioma utworami lub coś takiego. Cały materiał "Torture Garden" został już nagrany przez Naked City. Wyda to Earache w Angli i Shimmy Disc tutaj, w Stanach [w 1991].
Shimmy Disc ma licencję od Earache?
No, to dosyć skomplikowane. Pierwszy album Naked City wydała wytwórnia Nonesuch. W środku płyty jest około dziesięciu utworów, które są bardzo krótkie i ciężkie. Powiedziałem, że chcę nagrać płytę z czterdziestoma utworami w tym stylu, bo bardzo interesowała mnie kompresja i zwartość formy takiej muzyki.
Zawercie wielu informacji w bardzo, bardzo krótkim czasie...
Goście z Nonesuch nie byli zainteresowani. Jeżeli chciałem to zrobić, to raczej gdzie indziej. Więc udało mi się nakłonić ich do sfinalizowania całej sprawy i potem dałem licencję Earache i Shimmy Disc.
Nieźle. Co za układ!... Spędzasz część każdego roku mieszkając w Japonii. Od jak dawna tak robisz i dlaczego?
Około pięciu miesięcy każdego roku. Od około siedmiu lat. Bardzo mi się tam podoba. Jest tam wielu wspaniałych muzyków. Scena jest bardzo otwarta. Wiele się dzieje. Ludzie mają "otwarte uszy", nie są zamknięci. Tutaj jest wiele scen, ludzie mają jednokierunkowe spojrzenie, koncentrują się na jednej rzeczy.
Na przykład siedzą w hardcore i to wszystko...
Albo tylko w klasyce, albo tylko w jazzie. Są bardzo uprzedzeni. Nie słuchają innej muzyki. Ja zawsze lubiłem wiele różnych rodzajów muzyki. Zawsze słuchałem w ten sposób. Ludzie w Japonii są podobni. Jest tam wiele otwartości. Ludzi nie przeraża jakiś dziwak przyjeżdżający z Nowego Jorku zainteresowany robieniem dziwnych rzeczy. Każdy się w to angażuje i chce spróbować nowych rzeczy. To świetne miejsce na eksperymenty.
Twoja muzyka ma pewną bardzo ciekawą cechę. Dzięki niej ludzie tacy jak ja (wywodzę się z punkowego środowiska) odkrywają jazz przez artystów takich jak ty. Wydałeś album z przeróbkami Ornette Colemana ["Spy vs Spy"], więc posłuchałem płyt Ornette'a i odkryłem, że są całkiem ekstra. Więc poszukiwałem dalej w tym kierunku...
To w ogromnym stopniu powód, dla którego robię to, co robię, by szerzyć informacje i zwracać uwagę ludzi na rzeczy, których mogą być nieświadomi. To jest właśnie cel Naked City.
Jaką muzykę grasz dla zabawy? Gdybyś miał pograć sobie dla przyjemności, bez nagrywania i publiczności. Czy grywasz coś w domu tylko dla siebie?
Mój zespół Slan, który był tu kilka miesięcy temu i został zjechany przez prasę, i zawszę jest przez nią obsmarowywany (śmiech). Granie z nim to dla mnie świetna zabawa. Kocham to robić.
Jaki jest Slan? Nie znam go.
Slan gra całkowicie improwizowany hardcore. W składzie jest perkusista z Blind Idiot God, Ted Epstein, który jest niesamowitym muzykiem, Elliot Sharp gra na gitarze i śpiewa i ja, gram na saksofonie i śpiewam. To okazja do totalnej improwizacji w formie piosenki i zrobienia wszystkiego, co tylko przyjdzie nam do głowy. To świetna zabawa. Ale nie potrafimy grać dłużej niż trzydzieści minut, bo zupełnie kończy nam się energia (śmiech).
W takim tempie to musi być ciężkie.
I jest. Ted potrafi totalnie skopać ci dupę, jest świetnym bębniarzem. Powinieneś posłuchać jego kapeli Blind Idiot God. Są świetni.
Wydaje się, że wskaźnik przystępności twojej muzyki nie zmienił się w ciągu ostatnich dziesięciu lat...
Tak myślisz? Masz chyba na myśli wskaźnik nieprzystępności.
Ale rozgłos... Jesteś znacznie bardziej znany niż pięć lat temu.
To na pewno.
Jak to jest być o wiele bardziej znanym?
Do dupy. Zdecydowanie. Jak tylko stajesz się w pewnym stopniu znany, wszyscy starają ci się dokopać. Wszyscy starzy przyjaciele, którzy cię wspierali, przestają to robić. Wiesz, łatwo wspierać kogoś, komu idzie beznadziejnie. Jak można okazać współczucie komuś, komu idzie nieźle? Ale nie będę narzekał. Idzie mi dobrze. Nagrywam płyty, które chcę zrobić i ignoruję krytyków, jak zawsze.
Czy sprawy pozamuzyczne pochłaniają ci więcej czasu?
Nie. Zdecydowanie nie. Więcej czasu poświęcam na sprawy muzyczne. Różne sprawy. Zawsze byłem zajęty. Dawniej ćwiczyłem na saksofonie. Teraz, kiedy tego nie robię, mam czas na komponowanie. I więcej okazji do grania koncertów na całym świecie. Naprawdę utrzymuję sprawy pozamuzyczne, biznesowe, na poziomie zerowym. Nigdy nie organizowałem sobie koncertów, nie rozsyłałem taśm. Ludzie wiedzą, gdzie mnie szukać. Kiedy mnie potrzebują, mogą do mnie zadzwonić.