Wojtek Mszyca jr [] 10.01.2003.:
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się znaleźć w Szczecinie akurat w dniach, kiedy odbywał się tam po raz pierwszy festiwal Operafonic. Poniżej prezentuję krótką relację z tego, co udało mi się zobaczyć i usłyszeć w dziwacznym gmachu szczecińskiego Pałacu Młodzieży, który mógłby stanowić scenografię do snu, lub filmu Davida Lyncha.
Wolfram:
|
komputer
|
Pierwszy festiwalowy dzień otworzył występ Wolframa, czyli Dominika Kowalczyka. Wolfram jest moim zdaniem jednym z najlepszych polskich twórców muzyki elektronicznej. Jego muzyka, w uproszczeniu mieszcząca się w trójkącie ambient-noise-plądrofonia, której możemy posłuchać na kilku wydawnictwach, przede wszystkim bliskiej mu wytwórni Polycephal, stoi na światowym poziomie. Kiedy więc Dominik wkroczył na scenę i zasiadł przed wyświetlaczem swojego laptopa, oczekiwałem wiele. Koncert okazał się dobry, jednak - wydaje mi się - nieco poniżej możliwości Wolframa. Z wolna sączące się tajemnicze dźwięki wprowadziły publiczność w nastrój skupienia, ale wydaje mi się, że zabrakło jednak jakiegoś elementu, który sprawia, że płyty Wolframa są tak fascynujące, elektryzujące. Podkreślę jeszcze raz - dobry koncert, ale jestem pewien że Dominika stać na więcej.
Geo Suk YEO (Hambug) / Blaise SIWULA (Nowy Jork)
|
Ge-Suk YEO:
|
głos - sopran
|
Blaise SIWULA:
|
saksofon klarnet flety |
Kolejny koncert przyniósł całkowitą zmianę nastroju. Na scenę wkroczył międzynarodowy duet, którego występu obawiałem się najbardziej z całego festiwalu, a to z racji obecności skośnookiej wokalistki, którą - jak czytamy w programie - do Europy przywiodła fascynacja operą. Fascynacja, której ja - delikatnie mówiąc - nie podzielam. Właściwie to chyba nie ma w muzyce rzeczy tak dla mnie odpychającej, jak operowy śpiew. Jak się okazało, moje obawy były po części słuszne. Mimo, że momentami dialog na głos i saksofon rzeczywiście był interesujący, to jednak to połączenie nie przemawia do mnie. Żałuję, że nie miałem okazji posłuchać Blaise'a Siwuli w jakimś innym kontekście, ponieważ jego gra na saksofonie była wyśmienita.
Stevie WISHART (Australia) / Christoff KURZMANN (Austria)
|
Stevie WISHART:
|
lira korbowa głos elektronika |
Christof KURZMANN:
|
laptop
|
Trzeci z kolei koncert rozpoczął się od miłej niespodzianki, kiedy okazało się, że do Stevie Wishart niespodziewanie dołączy nie zapowiadany wcześniej w programie festiwalu Christof Kurzmann, jedna z ważnych postaci nowej austriackiej sceny elektroakustycznej improwizacji. To był moim zdaniem jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu. Rozpoczął się od dźwięków liry korbowej, by stopniowo coraz dalej podążać w stronę abstrakcyjnych, nieokreślonych, elektronicznych i, przetworzonych przez niezliczone efekty, akustycznych dźwięków. Australijka okazała się po mistrzowsku wykorzystywać możliwości swojego instrumentu, wydobywając z niego dźwięki na dziesiątki sposobów, preparując go i przepuszczając przez filtr elektronicznych efektów. Z laptopa Kurzmanna wydobywały się niezwykłe, oryginalne dźwięki, potwierdzając, że komputer jest instrumentem jak każdy inny, w tym sensie, że w rękach każdego muzyka może brzmieć zupełnie inaczej, indywidualnie, niepowtarzalnie.
Andrea NEUMANN / Sabine ERCKLENTZ (Berlin)
|
Andrea NEUMANN:
|
innenklavier elektronika |
Sabine ERCKLENTZ:
|
trąbka elektronika |
Jak się okazało, dalej miało być jeszcze lepiej. Andrea Neumann i jej niezwykły instrument własnego pomysłu, czyli wnętrze fortepianu, które w swej ignorancji określę jako ramę ze strunami, nagłośnione systemem mikrofonów, pojawiają się ostatnio na wielu płytach w towarzystwie wielu wybitnych artystów z całego świata. Jak się przekonałem, uznanie, które zdobyła sobie Neumann jest jak najbardziej zasłużone. W duecie z Sabine Ercklentz, grającą na trąbce, której subtelne dźwięki na żywo przetwarzała przez elektroniczne efekty, pokazała się z najlepszej strony. Dźwięki, które prezentowały obie panie, były naprawdę wyjątkowe i fascynujące, a całość ubrana była w wyraźne ramy żelaznej dyscypliny, sprawiając, że każdy kolejny utwór był zupełnie inny i absolutnie perfekcyjny. Artystki tak sprawnie i pewnie posługiwały się swoim nietypowym instrumentarium, że cały czas przychodziło mi na myśl zdanie, wypowiedziane kiedyś - o ile się nie mylę - przez Edgara Varese'a, dotyczące tego, że w muzyce eksperymentalnej eksperymenty powinny poprzedzać występ, a nie następować w jego trakcie. W przypadku berlińskiego duetu na pewno tak było, taką perfekcję wykonania musiały poprzedzać długie godziny prób i ciężkiej pracy, która zaowocowała fantastyczną, spójną, pełną dramaturgii muzyką. To był dla mnie koniec pierwszego dnia festiwalu, ponieważ z przyczyn logistycznych, że się tak górnolotnie wyrażę, nie mogłem udać się do Brama Jazz Cafe, gdzie wystąpiła kaliningradzka grupa Membrana oraz Kevin Drumm w roli DJ'a.
MEM:
|
laptop
|
Jacek STANISZEWSKI:
|
laptop
|
Mem, czyli Kamil Antosiewicz, według programu miał wystąpić w duecie z Vionem, który jednak nie pojawił się w Szczecinie. Godnie zastąpił go Jacek Staniszewski. Laptopowy duet otworzył drugi dzień festiwalowych koncertów w Pałacu Młodzieży. Muzyka, którą usłyszeliśmy, bazowała na elektronicznych dźwiękach oraz przeróżnych samplach, przewijających się we wciąż ewoluujących postaciach, wciąż uzupełnianych nowymi, zaskakującymi muzycznymi wydarzeniami. Kilku moich kolegów - słuchaczy oceniło ten koncert jako jeden z najlepszych na całym festiwalu. Mnie również się podobał, choć nie zachwycił mnie aż tak bardzo jak kolegów. W tej chwili trudno mi nawet powiedzieć dlaczego, przypuszczam że to kwestia nastroju, dnia... Momentami miałem wrażenie, że zabrakło trochę koncepcji całości, że pewne elementy zbyt długo są eksploatowane, jednak moi towarzysze byli wręcz przeciwnego zdania, co dowodzi jedynie po raz kolejny, jak subiektywny potrafi być odbiór muzyki. Słysząc dokładnie to samo wyciągaliśmy inne wnioski. Myślę, że można to uznać za sukces Kamila i Jacka. To był bardzo dobry koncert, intrygujący. [Kamil Antosiewicz uruchomił właśnie nowy, bardzo ciekawie zapowiadający się serwis www.cisza.art.pl]
Aleksander KOLKOWSKI (Berlin-Londyn)
|
Aleksander KOLKOWSKI:
|
skrzypce Stroh violinophon stare gramofony fonografy |
Kolejny koncert był dla mnie objawieniem. Aleks Kolkowski był postacią zupełnie mi nie znaną, nie miałem pojęcia, czego spodziewać się po jego występie. Kiedy rozłożył swoje niezwykłe instrumentarium, już było ciekawie, już było magicznie. Po dwóch stronach rozstawione archaiczne urządzenia, gramofon z tubą oraz fonograf odgrywający woskowe walce, również nagłośniony jedynie za pomocą metalowej tuby, po środku zaś Aleks, ze skrzypcami Stroha. Żadnej elektryczności, żadnych kabli. Tuby stanowiły jedyne nagłośnienie, urządzenia napędzane były mechanicznie, poprzez nakręcanie.
![]() |
[30KB] - Aleksander Kolkowski. Zdjęcia pochodzą niestety z innego występu |
Od pierwszych, subtelnych, ulotnych dźwięków zostałem zaczarowany. Muzyki Kolkowskiego nie potrafię porównać z niczym, co słyszałem wcześniej. Dla mnie była niezwykłym misterium, głosem z przeszłości a raczej z innego świata. Samo brzmienie archaicznych urządzeń Aleksa było magiczne. Dźwięki, które się z nich wydobywały, sprawiły, że przez kilkadziesiąt minut byłem poza czasem i przestrzenią. Aleks używał niezwykłych, również zabytkowych płyt, tajemniczych nagrań świata z drugiej strony lustra, spowolnionych rytmów, delikatnych dźwięków skrzypiec. Poprzez samo rozstawienie sprzętu uzyskał niezwykły efekt stereofonii.
![]() |
[31KB] - Aleksander Kolkowski. |
Całość miała teatralny, czy wręcz rytualny charakter, który potęgowały chwile, kiedy Aleks co jakiś czas zmieniał płyty czy walce w fonografie po czym nakręcał je korbą. Owe czynności i towarzyszące im dźwięki były integralną częścią tego niezwykłego misterium, zamiast przeszkadzać, fascynowały. Mimo archaicznego warsztatu, muzyka Kolkowskiego jest jak najbardziej współczesna, nie słucha się jej z nostalgią. Jest minimalistyczna, pełna szumów, trzasków, tajemniczych dźwięków, elementów plądrfonii. Przeplatana ciszą, nie pozbawiona momentów kakofonii. Wbrew temu, co można wywnioskować z mojego dotychczasowego wywodu, sporo w niej też humoru. Nie mogę nie wspomnieć o momencie, kiedy z "głośników" popłynął gromki śmiech, który okazał się zaraźliwy i przeniósł się na widownię. Jak się później dowiedziałem, pochodził z jednej z zabytkowych, kolekcjonerskich płyt, które zebrał Aleks, w całości wypełnionej nagraniami śmiechu. Płyta pochodziła z początków XX wieku i nie była jedynym tego typu osobliwością w jego kolekcji. Nie przesadzę, jeśli napiszę że ten koncert należał do najlepszych w moim życiu, nie pamiętam kiedy coś mnie aż tak poruszyło i zachwyciło. Już wkrótce w <EMD> napiszę więcej o Aleksie Kolkowskim!
Kevin DRUMM (Chicago)
|
Kevin Drumm:
|
syntezator analogowy
|
Ostatnim dla mnie koncertem festiwalu (znów nie mogłem udać się do Jazz Cafe Brama, gdzie miał miejsce dalszy ciąg) był występ jego "gwiazdy", Kevina Drumma. Gość z Chicago tym razem nie używał gitary, zaprezentował miażdżący noise generowany z syntezatora analogowego. Choć ostatnio ten gatunek muzyki coraz bardziej mi się podoba, nie mogę się nazwać znawcą, nie będę się więc silił na jakiekolwiek porównania. Był to mocny, potężny, nasycony i wielopoziomowy dźwiękowy atak. Kiedy wybrzmiał ostatni dźwięk, ktoś z publiczności zakrzyknął "nowa jakość!". Moim zdaniem to lekka przesada, ale koncert bardzo mi się podobał. Po Kolkowskim jednak nic nie było w stanie mnie już poruszyć aż tak bardzo. Być może więc w innych okolicznościach napisałbym, że był to koncert wyśmienity.
Festiwal był naprawdę bardzo rewelacyjny, pozostaje mi tylko żałować, że tak mało mam okazji by znaleźć się w Szczecinie, gdzie dzieje się wiele ciekawego.
| góra strony |