Bill Frisell

i dobry pies

Bill Frisell

Poniższy wywiad z Billem Frisellem przeprowadził Wolf Kampmann; ukazał się on na stronie webowej znakomitego niemieckiego magazynu jazzowego Jazz Thing w czerwcu 1999. "Jazzthing jest pierwszym niemieckojęzycznym magazynem, który zajmuje się jazzowymi wibracjami wszystkich kierunków i krajów. Muzyka nowoczesna i mainstream mają tu miejsce na równi z fusion i awangardą, hip-hopem, soulem, bluesem i world music". Tłumaczenie z niemieckiego: Artur Nowak [].


Bill Frisell i dobry pies? Co?

Wolf Kampmann: Mam wrażenie, że na płycie "Good Dog, Happy Man" ("Dobry pies, szczęśliwy pan") grasz jeszcze lżej i bardziej przejrzyście niż kiedykolwiek dotąd.

Bill Frisell: Podczas nagrywania tego albumu w ogóle nie zajmowałem się swoim graniem. Bardzo dużo myślałem o utworach i grze wszystkich dookoła mnie. Spójność grupy była dla mnie ważniejsza niż wszystko inne.

Rzeczywiście słychać świetną współpracę wszystkich muzyków, przez co umocniło się to ulotne uczucie w twojej grze.

Nie rozmawialiśmy o aranżacjach w ani jednym momencie. Nigdy nie chodziło nam o to, że ktoś ma zagrać solówkę tu, a ktoś inny tam, ale wszyscy mieliśmy przeczucie, aby grać w tym samym czasie. Jeśli ktoś oczekuje na tej płycie wielu solówek, z pewnością będzie rozczarowany. Same piosenki formowały muzykę dużo bardziej niż jakieś świadome decyzje o ich strukturze.

Miałem wrażenie, że "Gone, Just Like A Train" było pierwszym krokiem w tym kierunku, albo obietnicą, której dotrzymujesz na nowej płycie. Właśnie obietnicą pracy nad piosenką.

Każda płyta jest innym krokiem. "Gone, Just Like A Train" było zupełnie niepewnym krokiem w nieznanym kierunku. Grałem z ludźmi, z którymi nie grałem nigdy przedtem. Nowa płyta jest krokiem w tą samą stronę.

Od płyty "Nashville" twój kierunek poważnie się zmienił. Czy możesz go trochę opisać?

Na "Nashville" składa się wiele aspektów. Był to pierwszy raz, kiedy grałem moją własną muzykę z ludźmi, których nie spotkałem nigdy przedtem. Dotąd zawsze miałem własny zespół. Joey Baron i Kermit Driscoll zawsze byli koło mnie. Mogłem na nich liczyć, czułem się z nimi pewnie. Znaliśmy się bardzo dobrze i ufaliśmy sobie. Wiedziałem, że potrafią zinterpretować każdą napisaną przeze mnie muzykę. W porównaniu z tym bardzo bałem się tego doświadczenia z "Nashville": musiałem przedstawić moje utwory obcym muzykom. To, że na koniec wszystko się udało było dla mnie jak uwalniające uderzenie. A także dowodem, że powinienem dalej pracować z muzykami, których nie znałem tak dobrze. Przekonałem się też, że jest szalenie ekscytujące przysłuchiwać się, jak mocno ci muzycy wpływają na moje utwory, mimo to, że poza tym przecież mnie w ogóle nie znają. Wprawiło mnie to w ruch, którego nie mogłem już powstrzymywać. Od tego czasu gram z wieloma muzykami a także słucham płyt z banjo i od dawna zapomnianymi gitarzystami. Kosztowało mnie wiele czasu, aby to wszystko wchłonąć, ale teraz to procentuje. Jak dotąd podróż do Nashville była bardzo ważnym krokiem.

Jak bardzo różni się granie z Viktorem Kraussem i Jimem Keltnerem od grania z Kermitem i Joeyem?

Nie znam ich jeszcze tak dobrze. Nie mogę jeszcze ocenić, jak będą na mnie reagować. Inaczej też uczą się muzyki. Coraz więcej muzyków z którymi gram, potrafi zapoznać się z kawałkami na słuch, zamiast czytać nuty. W przeszłości zapisywałem całą muzykę na papierze. Teraz muszę tylko pokazać im utwór, który potem grają z pamięci. To zupełnie inne uczucie. Viktor i Jim mają w sobie dużo takiej mentalności.

Sądzę jednak, że oni dają ci zupełnie inny podkład rytmiczny. Grają jakby byli na łące, podczas gdy Joey i Kermit brzmieli jak burza.

Mimo to nadal jest między nami dużo interakcji i komunikacji, chociaż nie ma tak dużo akcji w grze. Daje mi to więcej miejsca. Ich gra jest prostsza, a mimo to reagują na mnie. Nadają każdemu utworowi inny puls. Zmienia się tembr. Jim nie zagrałby nigdy jednej piosenki dwa razy na tej samej łące. Ma reputację studyjnego wygi, ale nigdy nie idzie łatwiejszą drogą, ciągle próbuje czegoś nowego. Z tego względu przypomina mi trochę Paula Motiana. Nie stylistycznie, ale duchowo. Gdy gram z Paulem, nigdy nie mogę być pewny co zrobi, ponieważ zmienia kawałki każdego wieczoru. Dokładnie tą intencję wyczuwam też u Jima.

Czy Jim i Viktor są teraz twoją podstawową grupą, czy może pracujesz jeszcze z Kermitem i Joeyem?

Nie grałem z Kermitem już od kilku lat. Wprawdzie Joey nie brał już od dłuższego czasu udziału w moich projektach, ale czasami ja grywam na jego płytach. Właśnie zrobiłem tourne po Europie z kilkoma innymi muzykami: Kenny Wollesenem, Gregiem Leiszem, z którym nawiązałem bliższą współpracę, oraz pochodzącym z Los Angeles basistą Davidem Pilchem. W Seattle mam jeszcze inną grupę z muzykami, którzy nie są jeszcze znani w Europie, co się jednak niebawem zmieni, ponieważ tego lata zagram z nimi koncerty w Europie.

Ale czy nie było dobrze mieć stały skład przez tak wiele lat?

To było to, czego chciałem od początku. Byłem naprawdę dumny z tego, że miałem stały skład przez prawie 10 lat. Ale potem Joey chciał założyć własną grupę, a ja wykorzystałem tą okazję, aby samemu przedsięwziąć kilka zmian. Nie wiem, czy znajduję się teraz w fazie przejściowej, niemniej w tej chwili granie z różnymi muzykami jest dla mnie bardzo inspirujące. Czasami jest jednak straszne to, że nie mam jednego stałego zespołu, ale trzy, albo cztery różne.

Dlaczego na drugiego gitarzystę wybrałeś Grega Leisza?

Po prostu uwielbiam jego grę. Wszystko co on robi różni się całkowicie od tego, co ja robię. To totalnie inne tekstury. Greg gra na gitarze slide, dobro, National Steel oraz Pedal Steel. Poza tym jest on dla mnie nieprawdopodobnym wsparciem. Myśli zupełnie inaczej niż ja, grał przecież z wieloma wokalistami. Kiedy gra ze mną, traktuje mnie jakbym był wokalistą. Po prostu dobrze się czuję grając z nim.

I bez tego twoja gra jest bardzo śpiewna. Grasz jakby na "mówiącej gitarze".

Przynajmniej staram się poruszać w tym kierunku: powiedzieć za pomocą gitary coś, czego ja, albo ktoś inny nie potrafiłby powiedzieć słowami.

Powiedz proszę coś o utworze z Ry Cooderem.

Zawsze miałem nadzieję zagrać kiedyś z Ry. Kiedy poznałem go przez Jima Keltnera, wykorzystałem okazję i zapytałem go. Wybrał "Shenandoah" Johnny Smitha. Smith jest około osiemdziesięcioletnim gitarzystą, który był całkiem znany w latach pięćdziesiątych. Ry uwielbia tą piosenkę. Nie wiedział jednak, że przed trzydziestu laty brałem lekcje gry na gitarze u Johnny Smitha. Kiedy Ry o tym usłyszał, uznał za tym ważniejsze zagrać ten właśnie utwór. Mam nadzieję, że nie wypada ona za bardzo z ram tego albumu.

Absolutnie nie. Także relacja miedzy tobą a Wayne Horvitzem jest cudowna. Uważam, że twoje płyty z nim należą do najlepszych.

Wayne również koncentruje się wyłącznie na muzyce. Nigdy nie zostanie gwiazdą w grupie. Obojętne, czy gra, czy produkuje płytę, zawsze chodzi mu o muzykę. Jest szczęśliwy, kiedy może wnieść do muzyki nawet coś małego, co sprawia, że brzmi ona lepiej. Jest idealnym partnerem. To zresztą odnosi się do całego zespołu. Każdy przysłuchiwał się innym. W ten sposób powstało zupełnie nowe brzmienie, którego inaczej by nie było.

Badasz teraz tereny country i folka, czy możesz jednak zaprzeczyć, że jesteś częścią bardzo konserwatywnego kierunku? Nie jesteś wcale daleko od Gartha Brooksa.

Nie sądzę, aby ten dystans był niewielki. Nie przepadam specjalnie za konserwatywnymi i komercyjnymi fenomenami tej muzyki. Mnie interesuje muzyka sprzed czterdziestu, pięćdziesięciu lat, kiedy wszystko się dopiero zaczynało. Fascynuje mnie, że był taki czas, kiedy nie było żadnych różnic między czarnym i białym, młodym i starym. Ludzie po prostu grali razem. Dzisiaj wszystko jest rozbite na tysiące segmentów. Mam nadzieję, że ożywię coś z tego starego ducha, tak aby znów połączyć ludzi, którzy inaczej nie mieli możliwości zagrać razem. Najchętniej skonfrontowałbym dzieciaki grające hip-hop z gitarzystą grającym na steel-guitar.

Czy czasami nie masz ochoty znów zagrać coś hałaśliwego?

Oczywiście. W ostatnim czasie zdecydowanie więcej zajmowałem się piosenkami. Ale noisowe kawałki nie wychodzą mi z głowy. Chętnie połączyłbym wszystko co znam, ale im więcej wiesz, tym trudniej jest ci wszystko pogodzić. Chciałbym znaleźć sposób by robić wszystkie te rzeczy równocześnie tak, aby miały swój sens.

Co stało się z twoją świetną płytą "Sweetest Punch"?

Mam nadzieję, że ta płyta kiedyś zostanie opublikowana. Wytwórnia Nonesuch próbowała ją kupić, ale Verve nie chciało jej wypuścić. Człowiek, który umożliwił nagranie tej płyty należał do pierwszych, którzy zostali zwolnieni po połączeniu Universal i Polygram. Nie ułatwiło to sprawy. Potem został jeszcze zwolniony producent Lee Townsend. Było to nieprawdopodobne i nie miało nic wspólnego z muzyką. Widocznie jest ktoś, kto chce tą płytę wstrzymać. [AN: płyta "Sweetest Punch" ukazała się we wrześniu 1999]

Niezwykła była też twoja płyta w duecie z Fredem Herschem. Jednak nie brzmi ona jak duet, raczej jak płyta Freda Herscha, na której grasz rolę akompaniatora.

Z pewnością ma ona więcej wspólnego z nim niż ze mną. Dla mnie była to kolejna okazja zagrania standardów. Na początku pomysł był rzeczywiście taki, aby po prostu zagrać coś razem. Ale ja zrobiłbym tą płyte inaczej.