Joey Baron

jestem po prostu muzykiem

Joey Baron & Barondown

Wywiad ukazał się w 1997 roku, w czerwcowym numerze Jazz Forum (numer 6/1997). Z Joey Baronem rozmawiał Andrzej Dorobek. © 1997 For Jazz, sp. z o.o.


Amerykański perkusista Joey Baron to muzyk niezwykle wszechstronny. Kojarzony jest przede wszystkim z szeroko rozumianym jazzem (współpraca z Dizzy Gillespie'm, Randy Breckerem czy Johnem Zornem), ma też jednak pewne koneksje awangardowe (Philip Glass, Laurie Anderson). Współpracuje na stale z triem Miniature i z gitarzystą Billem Frisellem, ma też własny zespół Barondown, który poza nim tworzą świetny tenorzysta Ellery Eskelin i rewelacyjny puzonista Steve Swell (jakże godnie zastąpiony podczas występu w bydgoskim klubie "Mózg" przez Joshuę Rosemana).

W przerwie pomiędzy dwoma autonomicznymi setami bydgoskiego koncertu dało się namówić Barona na krótki wywiad.


Jazz Forum: Współpracowałeś z wieloma artystami, od klasycznego Cheta Bakera po awangardowego Freda Fritha. Czy zawsze udaje ci się nadać piętno własnej osobowości temu, co z nimi grasz? Za każdym razem jest to przecież całkiem inna muzyka.

Joey Baron: Tak naprawdę nie myślę o tym. Wychowałem się na bardzo różnej muzyce, jako dziecko słuchałem jej w wielu odmianach i nie zastanawiałem się nad jej wartością czy stylem. Refleksje te przyszły później. Do tego czasu po prostu żyłem muzyką.

Od czego więc zacząłeś? Od jazzu czy może od rocka?

Właściwie od rocka - w jakimś strasznym szkolnym zespole. Potem był rhythm and blues i wreszcie jazz, który wciągnął mnie bardzo głęboko. Zacząłem grać około roku 1964 (Baron urodził się w 1955). Dla perkusisty jazz oznaczał wtedy maksimum swobody, jaka można było osiągnąć. Pierwsi perkusiści z jakimi się zetknąłem - na żywo, w telewizji, na płytach - to Gene Krupa i Buddy Rich. Tak wyglądał początek.

Więc uważasz się w pierwszym rzędzie za muzyka jazzowego?

Po prostu za muzyka. Kocham jazz i głęboko w nim siedzę, ale nie ograniczam się tylko do niego.

Większość pism i krytyków jazzowych traktuje inne rodzaje muzyki "niepoważnej" - np. rocka - jako coś gorszego. Ty, jak rozumiem, nie...

Jasne że nie. Jak mówiłem, jestem muzykiem i kocham to, co robię. Nie zastanawiam się nad tym, jaka muzyka jest dobra, a jaka nie - w odróżnieniu od tych, którzy zajmują się krytyką. Nie dzielę też muzyków na lepszych i gorszych w zależności od stylu, jaki reprezentują. Bardzo lubię Lou Reeda - uważam, że jest naprawdę świetny. Lubię też zespół Slayer czy Janet Jackson. Kiedy mi się coś podoba, rodzaj muzyki nie ma dla mnie znaczenia. Lubię np. Sheryl Crow, choć wszyscy wokół jej nie cierpią. Kategorie, podziały... To dobre dla ludzi z mediów, bo wtedy łatwiej pisać i przedstawiać pewne rzeczy. Muzycy postrzegają to inaczej.

Ale wolisz chyba grać w małych salach, jak właśnie ta, dla stosunkowo elitarnej publiczności na gigantach w rodzaju Shea Stadium.

O, bynajmniej. Nie uważam się za muzyka elitarnego, chętnie gram zarówno dla koneserów, jak i dla ignorantów, którym akurat może to się spodobać. Uwierz mi, że gdybym otrzymał propozycje występu na Shea Stadium, chętnie bym skorzystał. Graliśmy zresztą w Grenoble dla ponad trzech tysięcy ludzi i było świetnie.

W tym składzie co w Bydgoszczy? To ciekawe. Dlaczego gracie bez pełnej sekcji rytmicznej?

A dlaczego by nie? Ludzie postrzegają na ogół jazz według pewnych stereotypów: że np. w zespole jazzowym musi być kontrabas, fortepian, perkusja i jakieś instrumenty dęte. Przypomnijmy sobie tylko zespół Benny Goodman / Teddy Wilson / Gene Krupa - wspaniałe trio, tyle że bez basisty... Albo inne składy, np. tylko bas i fortepian. Sam grałem kiedyś w zestawie: wiolonczela-saksofon-perkusja. Muzyka to nie kwestia użycia pewnych instrumentów. Jeśli naprawdę nosisz coś w sobie i chcesz to wyrazić, możesz np. walić w blaszaną puszkę i to też będzie muzyka.

Powiedz coś o współpracy z Allenem Ginsbergiem, czołową, postacią, współczesnej amerykańskiej bohemy literacko-jazzowej. Jak wiadomo, chętnie śpiewa on własne wiersze albo, zgodnie z tradycjami beatnikowskimi, recytuje je na "żywym" podkładzie muzycznym.

Był to zupełny przypadek. Jeden z kolegów spotkał mnie kiedyś w restauracji i zapytał, czy nie zechciałbym towarzyszyć Ginsbergowi, który miał akurat wieczór autorski gdzieś niedaleko. Oczywiście zgodziłem się: on czytał, ja improwizowałem coś na perkusji, Mark Bingham podgrywał na gitarze... Ginsberg to świetny recytator i wykonawca w ogóle, bardzo ekspresyjny w swym "języku ciała". Co ciekawe, nie czytał żadnego ze swych klasycznych wierszy: "Skowyt", "Kadysz" itd. To było coś o odzwyczajaniu się od palenia - nawet nie pamiętam tytułu.

Czy postanowiłeś wystąpić w klubie "Mózg" ze względu na rosnącą renomę, tego miejsca jako przybytku sztuki awangardowej, niepokornej, poszukującej?

Tak naprawdę to na temat samego klubu nie wiedziałem nic. Miałem trzy czy cztery równoległe projekty koncertów w Polsce, ale nic z nich nie wyszło. Bardzo się cieszę, że przynajmniej dzisiejszy występ doszedł do skutku, bo naprawdę lubię u was grać.